niedziela, 2 lipca 2017

Rozdział 1

1 września, Chicago
*Candice*
   Kolejny słoneczny dzień w przepięknym mieście w wielkiej Ameryce. Budzę się w mojej sypialni godnej brytyjskiej księżniczki ustrojonej najdroższymi meblami robionymi na zamówienie i z garderobą większą niż salon dzienny w wielu przeciętnych, amerykańskich domach, a jednak jest coś co psuje mój nastrój. 1 września, mówi wam to coś? To pierwszy dzień szkoły, którego nienawidzę. Jest najgorszy ze wszystkich dni szkolnych. Nasz dyrektor znów będzie mówił o nieistotnych rzeczach i wygłaszał pieśni chwalebne na temat uczniów, których sam szczerze ma po dziurki w nosie, choć w zasadzie nie dziwię mu się. Dwadzieścia lat pracy w szkole robi swoje.
   Z niechęcią wyszłam z łóżka i udałam się do garderoby, skąd wyciągnęłam granatową sukienkę idealną na taką okazję z najnowszej kolekcji Miu Miu. Jako córka jednej z najsławniejszych projektantek mody dbam o swój ubiór, a wiele ubrań dostaje jedynie ze względu na moje nazwisko. Sklepy wprost błagają mnie bym założyła ich ubrania i pokazała się w nich na ulicy, a ja oprócz tego dostaje pieniądze, których nie mam mało.
  - Panienko, śniadanie jest już na stole. - powiadomiła mnie jedna ze służących. Nie wiem jak ma na imię i nie obchodzi mnie to. Ważne, żeby wykonywała swoje obowiązki. Przez ten dom przewinęło się już tak dużo kobiet do pomocy domowej, że ich imiona trudno byłoby spamiętać, a ja nigdy nie zamieniłam z żadną z nich więcej niż dwa słowa. Jedyną osobą, która pracuje dla mojej matki i z którą często zdarza mi się porozmawiać to David - szofer, który odwozi i przywozi mnie ze szkoły. Jest bardzo miły i lubię jego towarzystwo. Ma niewiele ponad czterdzieści lat i syna na drugim roku medycyny, jednak nigdy osobiście go nie poznałam.
   Po dopasowaniu odpowiedniego stroju i nałożenia idealnego makijażu podkreślającego moje duże oczy i wysunięte kości policzkowe zeszłam na dół rzucając okiem na przygotowany dla mnie posiłek.
  - Ile razy mam powtarzać, że nie cierpię jajek? - warknęłam patrząc z obrzydzeniem na jajecznicę podaną w moim ulubionym półmisku.
  - Myślałam, że panienka...
  - To źle pani myślała. - fuknęłam nie pozwalając skruszonej kobiecie dokończyć zdania.
  - Czy mam zrobić naleśniki? - zapytała.
  - Lepiej nie rób już nic. Nie mam ochoty na śniadanie.
  - Co się dzieje Candice? - po schodach zeszła moja matka spoglądając na mnie swoim złowrogim wzrokiem, ale nie przejęłam się tym. Zawsze tak na mnie patrzyła, nawet jeśli nie odezwałam się do nikogo ani słowem.
  - Nie będę jadła jajecznicy. - odparłam.
  - A od kiedy nie lubisz jajek? - spytała otwierając lodówkę i wyjmując z niej ekologiczny jogurt truskawkowy.
    - Od dwóch lat, kiedy się nimi zatrułam. Powinnaś to wiedzieć jako moja matka.
   W odpowiedzi jedynie westchnęła teatralnie i włożyła łyżkę do jogurtu totalnie mnie ignorując.
  - Mamo. - powiedziałam chcąc by znów zwróciła na mnie uwagę. Wprost nienawidziła tego słowa i za każdym razem gdy zwróciłam się do niej mamo zamiast po imieniu, jak kazała mi to robić, złościła się czasem wymachując przy tym śmiesznie rękami.
  - Ile razy mówiłam ci, żebyś mówiła do mnie Riley? - zapytała rozzłoszczona, a ja uśmiechnęłam się zwycięsko.
  - Wystarczyło mi raz, ale lubię patrzeć jak się denerwujesz.
   Riley zacisnęła mocno szczękę, ale nie powiedziała więcej ani słowa. Widocznie nie miała ochoty na kłótnie ze mną z samego rana, dlatego postanowiłam zostawić ją w spokoju i wrócić do swojej sypialni, żeby wziąć swoją torebkę i spakować do niej kilka podręcznych rzeczy takich jak telefon czy portfel, rzecz bez której nie ruszałam się na krok. Nigdy nie wiadomo czy w twoim ulubionym sklepie nie weszła nowa kolekcja butów lub torebek, albo czy za rogiem w sklepiku ze zdrową żywnością nie dowieźli masła orzechowego.
  - David, możemy już jechać! - krzyknęłam, gdy moja torebka była już spakowana, a wygląd jak należy.
   David natychmiast zjawił się przy drzwiach i zaprowadził mnie do samochodu otwierając mi drzwi.
  - Pierwszy dzień w szkole, jak się czujesz Candice? - zagadał, gdy wyjechaliśmy spod domu.
  - A jak myślisz Dave? Kiedy tylko myślę o tej budzie mam ciarki na plecach. Chyba nikt nie lubi chodzić do szkoły. - westchnęłam. Rzeczywiście szkoła to najgorsze miejsce na świecie, jednak dobra strona tego jest taka, że to ja nią rządzę i nikt dotychczas nie odważył sprzeciwić się mojemu zdaniu lub co gorsze mnie obrazić, bo każdy wie, że jeżeli to zrobi może wypisać się z tej szkoły lub najlepiej wyprowadzić z miasta, dlatego ludzie mnie szanują. Każdy wita się ze mną na korytarzu, jednak nie każdemu odpowiadam, bo nie wszyscy na to zasługują. Istnieje tylko grupka wybrańców, którzy podobnie jak ja są czczeni przez lud jedynie ze względu na znajomość ze mną. Nic więc dziwnego, że każda dziewczyna chce być mną, a każdy chłopak ze mną.
  - Kiedy byłem w twoim wieku też nienawidziłem szkoły, ale potem poszedłem do pracy i zrozumiałem, że istnieje coś gorszego niż to o czym dotychczas myślałem.
  - Aż tak bardzo nie lubisz mnie wozić? - zaśmiałam się. Oczywiście wiedziałam, że David lubi swoją pracę, powtarzał mi to kilkakrotnie i nie sądzę, aby kłamał, ale lubiłam się z nim droczyć, a on lubił droczyć się ze mną.
  - Dobrze wiesz, że uwielbiam tak samo jak ciebie. Bardziej miałem na myśli moją poprzednią pracę. Zanim zostałem szoferem byłem instruktorem jazdy. To najgorsza praca jaką można sobie wyobrazić. Mój pierwszy kandydat na prawo jazdy ze stresu zwymiotował na wycieraczkę, a ja później musiałem to sprzątać.
  - To rzeczywiście beznadziejne zajęcie. - przyznałam ze śmiechem. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, że ktoś taki jak Dave sprząta czyjeś wymiociny. To zupełnie do niego nie pasuje, najlepiej sprawdza się w pracy mojego szofera.
   Kilka minut później byliśmy już pod budynkiem mojej szkoły. Wysokie mury i wszędzie porozwieszane flagi Ameryki oraz szyldy z różnego typu hasłami to od tej pory moja codzienność. Gdy na to wszystko patrzę coraz bardziej nie mogę doczekać się dorosłości byleby tylko nie sprzątać wymiocin z wycieraczek.
   David pomachał mi na odchodne i odjechał w drugą stronę, a ja powolnym krokiem ruszyłam w kierunku wejścia. Nie musiałam długo czekać by natychmiast nie podbiegły do mnie dziewczyny z obecnych trzecich klas. Mimo, że jestem od nich klasę niżej nawet one zabiegają o moją uwagę i dałby się pokroić za chociażby jedno zamienione ze mną słowo. Tak było i tym razem.
  - Ślicznie dzisiaj wyglądasz. - powiedziała jedna, jednak nawet nie raczyłam obmierzyć jej swoim spojrzeniem i dalej szłam prosto przed siebie.
  - Jestem ciekawa jak będą wyglądać tegoroczne pierwszaki, na pewno nie lepiej niż ty. - dodała druga z nich, której uroda pozostawiała wiele do życzenia. Na twarzy miała pełen wysyp pryszczy, w dodatku nie miała na sobie ani grama makijażu, a jej sukienka wyglądała jak wyjęta z lumpeksu.
  - Ile dałaś za tą torebkę? - zapytała trzecia idąc najbliżej mnie. - Jest naprawdę boska,
  - Nieważne, ciebie i tak na to nie stać. - mruknęłam popychając drzwi i wchodząc do środka.
   Na korytarzu zebrał się już tłum uczniów. Wszędzie były porozstawiane krzesełka, jednak nie dla każdego starczyło miejsc. Wzrokiem odszukałam swoją trzyosobową świtę i gestem przywołałam je do mnie. Megan, Nicole i Lauren natychmiast na to zareagowały i zjawiły się u mojego boku.
  - Zajęłyśmy dla ciebie miejsce, Candice. - powiadomiła mnie Lauren wskazując na pierwszy rząd krzeseł.
  - Bardzo dobrze, chodźmy. - powiedziałam i ze sztucznym uśmiechem na twarzy zaczęłam iść w stronę wolnych miejsc.
   Każdy kto stanął nam na drodze natychmiast się z niej usuwał i z uśmiechem się ze mną witał. Jedynie drobna dziewczyna z blond warkoczami przystępująca do pierwszej klasy nie zeszła mi od razu z drogi, lecz zanim zdążyłam na to zareagować i uświadomić jej kim jestem chłopak siedzący obok szepnął jej coś na ucho, a ona od razu przeszła na bok mówiąc ciche przepraszam.
  - Więcej uśmiechu dla królowej szkoły. - warknęła do niej Megan przechodząc obok.
  - Drodzy uczniowie proszę żebyście wszyscy zajęli już swoje miejsca! - ogłosił dyrektor trzymając w ręku mikrofon. Po korytarzu rozległ się cichy pomruk, ale wkrótce wszyscy usiedli zgodnie z jego prośbą. - Chciałbym serdecznie powitać was wszystkich po długiej przerwie, a zwłaszcza uczniów pierwszych klas oraz kilku nowych uczniów, którzy dołączyli do klas drugich.
  - Kto dołączył do naszych klas? - spytałam szeptem Nicole, ale ona wzruszyła tylko ramionami.
  - Nie mam pojęcia Candice, ale mogę pójść to sprawdzić kiedy dyrektor skończy przemówienie.
   Kiwnęłam potakująco głową, a przez resztę przemówienia dyrektora wzrokiem starałam się odszukać nowe osoby, o których mówił. Musiałam jak najszybciej pokazać im kto rządzi tą szkołą, by przypadkiem któremuś z nich nie przyszło do głowy zająć mojego miejsca, choć osobiście myślę, że nikt by się na to nie odważył.
   Po czterdziestu minutach wreszcie mogłam wstać z twardego, niewygodnego krzesła i zająć się rzeczami ważniejszymi od słuchania wywodów na temat nauki i różnych innych bzdur.
  - Candice, to on. - trąciła mnie łokciem Nicole wskazując na bruneta otoczonego wianuszkiem chłopaków z drużyny koszykarskiej. Wszyscy wesoło z nim rozmawiali jakby znali się od lat, Tony klepnął go przyjacielsko po plecach, a mój były Simon podetknął mu pod nos swój telefon i po chwili oboje się zaczęli się śmiać, co bardzo mi się nie spodobało. Czułam, że ten chłopak może stać się dla mnie zagrożeniem, jeśli nie pokażę mu szybko kogo musi się w tej szkole słuchać, dlatego musiałam porozmawiać z nim natychmiast.
  - Megan, Lauren, idziemy do szkolnej kawiarni, a ty Nicky przyprowadź do mnie tego nowego i to jak najszybciej. - rzuciłam odwracając się na pięcie i odchodząc z wysoko uniesioną głową. Byłam prawie pewna, że gdy nowy tylko mnie zobaczy od razu zmieni swoje zachowanie, a jeśli będzie miał wystarczająco dużo odwagi zacznie prawić mi mnóstwo komplementów rozpaczliwie zabiegając o moją uwagę. W końcu kto by nie chciał być z najpopularniejszą i najładniejszą dziewczyną w szkole, ale niestety nie każdy ma tą szansę.
  - Nowy jest całkiem przystojny. - powiedziała Lauren.
  - To prawda. - przytaknęła Megan. - Ciekawe jak się nazywa.
  - To ja decyduje o tym kto jest przystojny, a na kogo nawet nie warto spojrzeć, a na razie nawet nie widziałam go z bliska.
  - Oczywiście Candice, tylko tak mówimy. - wytłumaczyła Lauren uśmiechając się do mnie przepraszająco.
   Minęło kilka minut, kiedy zobaczyłam biegnącą do naszego stolika Nicole, jednak obok niej nie było chłopaka.
  - Gdzie nowy? - zapytałam ostro, wstając od stolika.
  - Candice on...jakby ci to powiedzieć... - zaczęła się jąkać, a ja już wiedziałam, że jest coś na rzeczy.
  - Mów. - zażądałam stanowczo czekając na to co powie mi moja świta.
  - Odmówił przyjścia i powiedział, żebyś dała mu spokój, bo ma ważniejsze rzeczy do roboty niż schadzki z jakąś lalą.
  - Słucham?! - krzyknęłam czując jak jestem na granicy swojej wytrzymałości. Nie rozumiałam jak to możliwe, żeby ktokolwiek odmówił czegokolwiek Candice Thompson. Nawet jeżeli nowy nie wiedział kim jestem ktoś z drużyny powinien mu o tym powiedzieć i niewątpliwie, wiedziałam, że poniosą tego konsekwencje, jednak w późniejszym czasie, Na razie musiałam zająć się odpowiednio nowym chłopakiem.
  - Idziemy do niego. Nicky, zaprowadź nas tam.
  - Nie lubię kiedy mówisz do mnie Nicky. - mruknęła. - Mam na imię Nicole.
  - Przestań narzekać, - warknęłam do niej. - Chcę tylko, żebyś pokazała mi tego nowego osobnika, który myśli, że może zawojować świat.
   W tamtym momencie powiedzenie, że byłam zła byłoby za słabym określeniem. Byłam wściekła do granic możliwości i gdybym mogła rozszarpałabym tego chłopaka na strzępy razem z jego nowymi kolegami. W tej szkole będzie nie będzie istniał, to wiedziałam na pewno, a dla reszty chłopaków wymyślę inną, stosowną karę. Musieli wiedzieć, że nikt nie ma prawa mi się sprzeciwiać. To tak jak w królestwie, jeśli król nie będzie wystarczająco silny i konsekwentny poddani wkrótce go zdetronizują, dlatego często silniejsi władcy musieli być okrutni.
  - To on. - szepnęła Nicole stając niedaleko chłopaka, który obecnie siedział sam na ławce, z telefonem w ręku przeglądając swoje konto na Instagramie.
  - Biedaku, koledzy cię opuścili? - zadrwiłam stając nad nowym z założonymi rękami. Podniósł głowę i spojrzał się na mnie, a potem na jego twarzy pojawił się ten sam drwiący uśmiech co na mojej.
  - Ty musisz być Candice. Dziewczyna, która myśli, że zawładnęła całą szkołą.
  - Nie muszę myśleć, żeby tak było, a za taką postawę w stosunku do mnie uwierz, że nie będziesz miał życia w tej szkole. Zniszczę cię doszczętnie. - warknęłam czując jak moja złość sięga zenitu.
  - Nie byłbym tego taki pewien. - uśmiechnął się wstając ze swojego miejsca. - Jeszcze mnie nie znasz i nie wiesz do czego jestem zdolny, ale nie martw się nie biję dziewczyn. Nawet takich zapatrzonych w siebie jak ty.
  - Miałam to uznać za obrazę? - spytałam ze śmiechem. - Oh, mój drogi w takim razie nie udało ci się.
  - Nie miałem na celu cię obrazić, a jedynie stwierdziłem fakty, a teraz zabieraj się ze swoimi koleżankami, bo muszę pilnie zadzwonić, nie mam już dla ciebie więcej czasu.
   Przez chwilę nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nikt mnie nigdy tak nie potraktował ani tym bardziej nie odezwał się w ten sposób, nawet Riley, a ona często zbywała mnie podobnymi tekstami chcąc mieć chwilę spokoju. Jednak nie mogłam odejść bez słowa z podniesioną głową, czułam się w obowiązku, by odpowiedzieć coś temu chłopakowi, którego imienia nawet nie znałam, bo w przeciwnym razie dałabym mu jasny znak, że ma nade mną przewagę.
  - Nie myśl, że to koniec. Nie odpuszczę ci tak łatwo. - syknęłam. - W tej szkole rządzę ja i nic w tej kwestii się nie zmieni.
  - Do jutra, Candice. - na jego twarzy ponownie zagościł drwiący uśmiech, a gdy już szykowałam się do odejścia pomachał mi na odchodne sprawiając, że krew zaczęła odpływać mi z twarzy, a moje zwinięte pięści wręcz pobielały ze złości.
   Przyznam, że nowy ma całkiem silny charakter i dzisiejszego dnia wygrał ze mną kłótnię, ale nie będzie cieszył się zwycięstwem długo. W głowie już układałam sobie plan kolejnego dnia, by zmiażdżyć go jak małą dżdżowniczkę, a przy chłopakach z drużyny koszykarskiej, by wyszedł na ostatniego frajera, jednak do tego potrzebowałam o nim jak najwięcej informacji, a nie znając nawet jego imienia nie mogłam zajść za daleko.
  - Dziewczyny, macie dowiedzieć się o nowym wszystkiego. Jego imię, nazwisko, zainteresowania, wszystko co tylko się da. Na jutro.
   Moja świta posłusznie pokiwała głowami, a na mojej twarzy znów pojawił się uśmiech pełen wyższości. Nikt nie może zniszczyć dnia Candice Thompson oprócz jej samej, a zwłaszcza ktoś taki jak chłopak, z którym przed chwilą rozmawiałam, choć nie wiem czy przeprowadzoną konwersacje można było nazwać zwyczajną rozmową. Miało to raczej charakter kłótni, ale było to zupełnie nieważne. Ważne było tylko to, żeby rozprawić się z panem jakkolwiek ma na imię raz na zawsze. Jeszcze pożałuje swoich słów w moją stronę.

  Jak podoba się pierwszy rozdział? Tak jak mówiłyśmy jest to coś zupełnie nowego, a Candice w niczym nie przypomina poprzedniej bohaterki - Lucy. Dajcie znać co o tym myślicie a następny rozdział już ZA TYDZIEŃ!!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz